Recenzja książki „Sprawa dla koronera. Kulisy zawodu, który codziennie spotyka śmierć”

Recenzja książki „Sprawa dla koronera”

   Jeśli kiedyś zdarzy się wam zejść śmiertelnie na terytorium Stanów Zjednoczonych, a okoliczności waszego zgonu nie będą do końca jasne, istnieje duża szansa, że zaopiekuje się wami właśnie on. Przy czym będzie to naprawdę kompleksowa obsługa: zidentyfikuje was, zajmie się zbadaniem waszych zwłok (od zewnątrz i od środka) i doprowadzi je do ładu, pomoże policji dociec rzeczywistego przebiegu zdarzenia, a także porozmawia z waszymi bliskimi, przekazując im smutną wieść. O kim mowa?

   O koronerze. Ten funkcjonariusz publiczny jest obowiązkową osobą dramatu w każdym amerykańskim (i nie tylko) filmie czy serialu kryminalnym. Jednocześnie jest to instytucja charakterystyczna dla systemów prawnych z kręgu państw anglosaskich. Na próżno szukać jego odpowiednika wśród polskich organów ścigania – łączy on kompetencje naszego medyka sądowego, prokuratora oraz policjanta. To wszystko sprawia, że w naszych oczach ten zawód spowija mgiełka tajemniczości. Na szczęście już wkrótce na półkach księgarń pojawi się pozycja, która pomoże ją rozwiać.

   „Sprawa dla koronera” to książka napisana na podstawie rozmów autora z Kenem Holmesem (zbieżność nazwisk z „tym” Holmesem przypadkowa, chociaż – kto wie…), długoletnim pracownikiem biura koronera, a później koronerem hrabstwa Marin w Kalifornii, obecnie na emeryturze. Poruszyli w nich wszystkie aspekty pracy w tej profesji: od rekrutacji i szkolenia, przez codzienną rutynę i niecodziennie trudne przypadki, kontakty z policją, podejrzanymi, świadkami i rodzinami zmarłych, kwestie administracyjne, ścieżkę awansu, kończąc na lokalnej polityce. Między te wątki Holmes – jak przystało na urodzonego gawędziarza – wplata dziesiątki historii ze swojej kariery, które szczególnie zapadły mu w pamięć. Wiele z nich godnych jest stania się inspiracją dla powieści kryminalnych, albo chociaż dla odcinka któregoś z popularnych seriali.

   Nie bez znaczenia pozostaje miejsce akcji, a to z kilku powodów. Po pierwsze, hrabstwo Marin połączone jest z miastem San Francisco mostem Golden Gate. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że ten cud architektury jest również magnesem na samobójców. A właściwie był, gdyż podjęto pewne środki, by temu zaradzić, o czym mowa w książce. Mnóstwo ludzi wybrało właśnie ten obiekt, aby tam zakończyć swój żywot. Wiele z nich w efekcie trafiło na sekcyjny stół Kena Holmesa. Inną ciekawą lokacją w hrabstwie jest słynne więzienie San Quentin, z którym też związanych jest kilka dobrych historii. Kolejną – góra Tamalpais, gdzie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych grasował niesławny „Morderca ze szlaku”. Na dodatek Marin jest miejscem zamieszkania niejednej persony sławnej na cały kraj, albo i cały świat.

   Przechodząc do moich wrażeń z lektury – pomimo dość mrocznego tematu książkę czyta się bardzo przyjemnie. Opowieści Holmesa, czasem trochę makabryczne, czasem zabawne (albo jedno i drugie jednocześnie), niezmiennie trzymają w napięciu, a ich autentyczność potwierdzają liczne szczegóły (nie wspominając o artykułach prasowych powołanych w bibliografii). Opisy pracy koronera są wyczerpujące i całkiem fachowe, bogate w informacje z zakresu medycyny sądowej i kryminalistyki (niestety przekład nie do końca trafnie oddaje specjalistyczną terminologię). Nic nie jest ubarwione; sporo tu spostrzeżeń, że nie wszystko w szeroko pojętym wymiarze sprawiedliwości w USA działa tak, jak należy. Dzięki temu książka ma walor edukacyjny, pozwala się czegoś dowiedzieć o pracy amerykańskich śledczych, wcale przy tym nie przynudzając.

   Warto wspomnieć też o osobie autora. John Bateson sam pochodzi z hrabstwa Marin, przez jakiś czas kierował instytucją zajmującą się zapobieganiem samobójstwom. Kilka lat wcześniej napisał książkę „The Final Leap”, poświęconą ludziom, którzy odebrali sobie życie skacząc z Golden Gate. To właśnie pracując nad nią poznał Kena Holmesa. Obaj również włączyli się w działalność organizacji, której głównym celem było doprowadzenie do zamontowania na moście zabezpieczeń powstrzymujących samobójców. Pomimo osobistego zaangażowania nie można jednak Batesonowi zarzucić braku reporterskiego obiektywizmu.

   Tytułem podsumowania: z czystym sumieniem mogę polecić tę pozycję zarówno pasjonatom kryminalistyki i pokrewnych zagadnień, jak i tym, którzy zupełnie się w tych tematach nie orientują. Ale ostrożnie! Spore jest ryzyko, że właśnie ta lektura zarazi ich zamiłowaniem do tej dziedziny.

 

 

   Przy okazji chcę podziękować wydawnictwu Znak Literanovaza przesłanie nam egzemplarzy recenzyjnych – sprawiliście nam dużą przyjemność.

 

Piotr Pyzio

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *